Czy Stanisław Lem był więcej niż jedną osobą? Spiskiem, który miał pchnąć ku komunizmowi amerykańską młodzież? Tak uważał Philip K. Dick. Człowiek, któremu zawdzięczamy Blade Runnera i którego idee zainspiraowały Matrix.

Kiedy drogi Stanisława Lema i Philipa K. Dicka przecięły się w latach 70., ten drugi uznał, że jego polski korespondencyjny kolega nie może być jedną osobą. Postanowił donieść o tym do FBI, które przekonywał, że LEM to akronim, skrót z nazwy jakiejś podstępnej wschodnioeuropejskiej szajki komunistycznej, która wzięła na cel zachodnią młodzież. I z pomocą literatury science-fiction próbuje ją przekabacić.

Fantastyka naukowa z najwyższej półki

Philip K. Dick był jednym z najwybitniejszych pisarzy science-fiction wszech czasów. Był wizjonerem. Znanym ze świetnych książek, ale też ich filmowych adaptacji. To on napisał „Blade Runnera”, którego na ekranie zagrał Harrison Ford. Spod jego ręki wyszedł „Człowiek z wysokiego zamku” opowiadający los alternatywnego świata. Takiego, w którym to Niemcy i Japonia wygrały II wojnę światową, i wprowadziły swoje porządki. To on napisał genialnego „Ubika”.

Książki Dicka to nie było science-fiction, jakim wyobraża go sobie wielu ludzi. Nie pisał prostych bajek o robotach i kosmitach. Nie fascynowały go kosmiczne podróże i międzygwiezdne statki. Nie pisał łatwych czytadeł przeznaczonych dla dzieci. Science-fiction Philipa K. Dicka to najlepsze wydanie gatunku.

Takie, które szuka odpowiedzi na pytania o naturę rzeczywistości. O przyszłość. O to, jak wpływ może mieć na nią technologia, nauka i nowe umiejętności zdobywane przez ludzi. Dick całe życie szukał właśnie alternatywnych światów.

A jednym z jego podstawowych pytań było „Czy ja istnieje”?

Objawienie 2-3-74

By znaleźć odpowiedź na dręczące go kwestie – a także uśmierzyć nieco ból związany z doświadczaniem choroby psychicznej i głosami pojawiającymi się w jego głowie – eksperymentował ze środkami psychoaktywnymi, które potrafił dostrajać, mieszać i zestawiać. Próbował w ten sposób zyskać nowe wglądy w naturę świata i w naturę rzeczywistości.

To ciągłe mieszanie różnych środków spowodowało jednak, że kiedy w 1974 roku podczas wizyty i dentysty podano mu silny środek znieczulający, Dick odjechał. Poczuł jak spływa na niego różowa wiązka światła. Nazwał to „OBJAWIENIEM 2-3-74” i zaczął słyszeć głosy. Uznał, że otrzymuje wizje od pozaziemskiej sztucznej inteligencji o nazwie VALIS, które zdradzają mu tajemnice rzeczywistości – to, jak naprawdę zbudowany jest świat.

Niekiedy te wizje wywoływały przebłyski geniuszu.

Matrix

I na przykład w 1977 Dick odwiedził francuskie Metz, gdzie odbywał się festiwal science-fiction. Poproszono go tam o wygłoszenie wykładu. Dick potraktował sprawę poważnie, ponieważ Francja była pierwszym krajem, w którym czytelnicy potraktowali go poważnie. Dużo poważniej niż ci w USA, którzy na ogół docenili go dopiero po śmierci. Chciał się im więc odwdzięczyć i opowiedział nie o swoich książkach, a o naturze świata.

Usłyszeli więc, że „żyjemy w rzeczywistości zaprogramowanej komputerowo”. Takiej, którą zaprojektowała jakaś istota nadludzka. I którą może w każdej chwili zmienić. A kiedy to robi, kiedy coś przeprogramowuje, to my doznajemy przytłaczające wrażenia deja vu. Przeżywamy jakiś moment ponownie.

To właśnie ten wykład stał się podstawą dla Matrixa.

Paranoik

Ale ze stanem Dicka, w którym choroba psychiczna mieszała się ze środkami psychoaktywnymi, przychodziły nie tylko przebłyski geniuszu.

Także – częstsze nawet – momenty paranoi.

Takie jak na przykład pomysł, że Stanisław Lem, z którym długo korespondował jest tak naprawdę wymysłem wschodnioeuropejskiego wywiadu, który z jego pomocą prowadził w Stanach Zjednoczonych wojnę hybrydową.

O swoich pomysłach postanowił nawet zawiadomić FBI. Napisał do służb długi list-donos, w którym wyjaśniał, że LEM to nie jest nazwisko, tylko akronim – skrótowa nazwa jakieś wschodnioeuropejskiej grupy zajmującej się propagandą. Wyjaśniał, że wie o tym, ponieważ Lem pisze w różnych stylach i wydaje się mieć dostęp do większej wiedzy naukowej niż jest typowa nawet dla grupy naukowców. Ta grupa z pomocą literatury science-fiction miała wpływać na opinią publiczną.

Jego donosu nie potraktowano jednak poważnie. Być może dlatego, że L.E.M. nie był jedyną grupą, o której alarmował. W innym liście donosił, że istnieje skrajnie prawicowa grupa, która chciała by w powieściach umieszczał zakodowane wiadomości.

Zderzenie z PRL?

Skąd u Dicka wziął się ten pomysł? Pierwsze wytłumaczenie, które się nasuwa, jest oczywiście takie, że zrodził się w jego zaburzonej chorobą i środkami psychoaktywnymi świadomości. Ale jest też inne.

Takie, że była to reakcja na zderzenie z absurdami PRL-u.

Kolejki w PRL. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Wojciech Orliński w biografii Lema opisał, jak doszło do konfliktu na linii Dick – Lem. Zwracając uwagę, że gospodarki PRL nie zrozumiałaby nawet zdrowa psychicznie osoba, a co dopiero mówić o paranoiku, który nawiązał kontakt ze sztuczną inteligencją z kosmosu.

Otóż na początku lat 70. ubiegłego wieku w ręce Lema wpadła książka „Ubik”. Lem uznał, że chętnie wydałby ją w Polsce i dogadał się z Wydawnictwem Literackim. Z tym był jednak taki problem, że nie mogło płacić w dolarach. Ani jakiejkolwiek innej zachodniej walucie. Lem początkowo nie widział problemu – sam znał ten schemat z Bloku Wschodniego. I rozwiązywano to tak, że jechał do takiego kraju, pobierał wypłatę w czechosłowackich koronach lub rublach i wydawał na miejscu. Inni robili tak samo. Czasami wydając na rzeczy i wracając do siebie w futrze. A czasami na balety.

Dicka to jednak nie urządzało, bo był nie tylko narkomanem, ale też bankrutem, który miał wiecznie nieuregulowane długi. Potrzebował gotówki, więc kombinowali.

Padła na przykład propozycja, by Lem oddawał Dickowi swoje dolarowe honoraria w USA, w zamian za złotówkowe honoraria Dicka w PRL. Było to jednak nielegalne. A także nieopłacalne, bo dolary były w PRL na wagę złota, nie złotówek. Później Dick uznał, że może i przyleci po złotówki, ale chciał wiedzieć, ile ich będzie. Tego Lem nie mógł mu jednak powiedzieć, bo honorarium zależało od nakładu, a nakład od… przydziału papieru z ministerstwa. Nie od tego, czy książki się sprzedadzą. Amerykanin nie mógł tego za nic zrozumieć.

Najpierw więc zerwał korespondencję z Lemem, a później doniósł na niego do FBI. Choć w gruncie rzeczy, doniósł nie na człowieka. Doniósł na L.E.M. Tę tajną, wschodnioeuropejską komórkę propagandową.

Lem zbyt mądry by istnieć?!

Trochę trudno się dziwić, że Dick nie mógł uwierzyć, że to wszystko jest prawdą, a nie Matrixem. Prawda? Wielu Polaków uważało wtedy dokładnie to samo.

Tym bardziej, że Lem też był postacią nie z tego świata. I nie chodzi nawet o to, jakie pisał książki – choć te są dla wielu arcydziełami. Bardziej o to, jak trafnie oceniał rzeczywistość i to, co może się wydarzyć. A robił to naprawdę fenomenalnie. I łącząc wiedzę z wielu dyscyplin naukowych. Może rzeczywiście zbyt wielu, by wierzyć, że tak mądry gość może być jedną osobą?  

Ja na przykład przegrzebałem ostatnio jego felietony z wczesnych lat 90., które pisał dla PC World Magazine Opisywał w nich między innymi swoje przewidywania dotyczące przyszłości Internetu, o którym dowiedział się niewiele wcześniej. I ze szczegółami opisał, jak utoniemy w potopie informacyjnym, który przegrzeje naszą zdolność przetwarzania informacji i utopii nas w dezinformacji oraz chorobach wywołanych spłyceniem międzyludzkich relacji. Opis jest bardzo trafny. A także bardzo ciekawy, bo pisany w czasie optymizmu dotyczącego sieci.

Lem nie trafił właściwie tylko w sprawie zakupów ubrań i butów w sieci, o który pisał, że się nie przyjmą, bo ludzie muszą je najpierw przymierzyć.

Chiny wykorzystują Cixina Liu

Ale ta historia ma jeszcze jeden bardzo ciekawy wątek. To jak duży wpływ może mieć literatura fantastyczno naukowa i jak ważna bywa dla polityki. Często lekceważona buduje scenariusze alternatywnego świata i możliwe scenariusze przyszłości. To w niej często rodzą się wynalazki, które dopiero trzeba wymyślić. To ona opowiada o tym, jak świat może wyglądać i rozbudza wyobraźnie.

I są kraje, które są tego świadome. Ostatnio są takim na przykład Chiny, w których hołubiony jest Cixin Liu – autor Problemu Trzech Ciał. To autor wybitny, mówiący otwarcie o tym, że inspirował się Lemem, więc nie dziwi, że podsuwa się go dzieciom i ekranizuje jego powieści. Choć robi się to z zupełnie innego powodu. Robi się to nie dlatego, że pisze dobrze. Dobrze pisze wielu ludzi. Tylko przez to co pisze.

A w jego powieściach są dwa powtarzające się motywy. Jednym jest wyścig technologiczny Chin z USA, w którym Stany zachowują się często nieetycznie i wykradają wynalazki chińskich naukowców. Drugim konflikt zbrojny tych dwóch krajów. W tym Chiny mogą pokonać grającego nieuczciwie wroga dzięki technologii.

Można to oczywiście ignorować, ale kiedy partia w kraju takim jak Chiny, dba o to, by taki autor trafiał do szkół, to jasne jest, że ma w tym cel gospodarczy i polityczny. Taki, by skłaniać młodych ludzi do wybierania zawodów inżynieryjnych oraz uczelni wojskowych.  Oraz oswajać społeczeństwo z możliwym konfliktem.

Co akurat nie jest dobrą wiadomością.

Widzicie więc, że choć Dicka dręczyła paranoja i z Lemem trafił jak kulą w płot, to jednak była w tych spostrzeżeniach obłąkanego umysłu, błyskotliwość.

Przebłysk, który pozwalał dostrzec to, co umyka wielu – także politykom i naukowcom.

Fot. Wikimedia/Creative Commons.