„Ołowiane dzieci” Netflixa to opowieść o tak zwanym Śląskim Czarnobylu. O tysiącach dzieci z Szopienic – dzisiejszej dzielnicy Katowic – które przez wiele, wiele lat były zatruwane ołowiem pochodzącym z lokalnej huty. Ale jest to też opowieść o niesamowitej kobiecie, która położyła temu kres. O skromnej i odważnej lekarce doktor Jolancie Wadowskiej-Król, która – jak sama mówiła – „zrobiła to, co trzeba”. I tylko trochę szkoda, że jej historię Polakom opowiada Netflix, a nie polska szkoła.
Chociaż może to i lepiej. Ja bardzo się cieszę, że ten serial powstał. Uważam, że jako kraj potrzebujemy nowych bohaterów. Dokładnie takich, jak słynna śląska Doktórka (tak na nią mówiono w Szopienicach). Ludzi normalnych, skromnych i po prostu robiących swoje. Ale robiących to tak rzetelnie, że z ich pracy wynikają rzeczy niezwykłe. Potrzebujemy ich, bo trudno inspirować się nieskazitelnymi, wygładzonymi postaciami z podręczników. Dużo łatwiej wzorować się na zwyczajnych ludziach, którzy robią rzeczy niezwykłe.
Bohaterka serialu Netflixa nadaje się na taką inspirację jak nikt. Także przez swoją niezwykłą skromność, bo kiedy ogląda się wywiady ze zmarłą w 2023 roku „polską Erin Brockovich” to tym, co uderza najbardziej jest właśnie ta jej cecha. Dziennikarze raz za razem pytają ją, jak to się stało, że zrobiła coś tak wyjątkowego. Ona za każdym razem odpowiada to samo: „ja po prostu pracowałam”, „tylko robiłam swoje.”
Nie da się tej kobiety nie lubić. A co takiego zrobiła?

130 lat trucia dzieci
Pierwsza huta cynku powstała w Szopienicach w pierwszej połowie XIX wieku. Zbudował ją koncern von Giesche – ten sam, który stał za słynnymi Giszowcem i Nikiszowcem. Ludzie dostali pracę. Miejscowość rozkwitła. A właściciel zarabiał i inwestował. Na początku XX wieku huta była już największym producentem cynku na ziemiach polskich oraz największym producentem kadmu na świecie. Szło to jednak z kosztem dla załogi.
Choć dokładniej nie tyle dla załogi, co dla całych Szopienic. Efektem ubocznym produkcji cynku są emisje ołowiu do środowiska. Ołów jest metalem ciężkim, który jest dla ludzi toksyczny. Szczególnie mocno oddziałuje na dzieci. U tych – kiedy są narażone na kontakt z ołowiem – uszkodzeniu ulegają organy wewnętrzne. Może dojść na przykład do niewydolności nerek, a nawet zgonu. Ale przede wszystkim degradacji ulega centralny układ nerwowy. Odbija się to na zdolnościach intelektualnych – powodując problemy w nauce, obniżając iloraz inteligencji, niekiedy prowadząc do ich upośledzenia. Przez dekady nikt tego nie badał. Uważano po prostu, że jest jak jest. Ale to nie znaczy, że nie było widać efektów. Dzieci z takimi problemami było w sąsiedztwie huty tak dużo, że w Szopienicach już w 1912 roku powstała szkoła specjalna dla takich właśnie dzieciaków.
Szkoła zawsze była przepełniona. Śmiało można więc powiedzieć, że trucie dzieci rozpoczęło się tam w 1834 roku. A kiedy się skończyło?
Śląski Czarnobyl
Nie w dwudziestoleciu międzywojennym. Zaczęto wtedy wprawdzie powoli zauważać, że coś jest w Szopienicach nie tak. Ale nie był to jeszcze czas, w którym zwracano większą uwagę na koszty skażenia środowiska. Huta była małą perłą w śląskiej gospodarce. Nadrabiający zapóźnienia z epoki zaborów kraj, potrzebował przemysłu. A także nie we wczesnym PRL, który z przemysłu ciężkiego i swoich fabryk stworzył symbol postępu. Produkcja przemysłowa była święta i nic nie mogło w niej przeszkadzać. A już na pewno nie troska o zdrowie robotników oraz ich dzieci. Zakład rozbudowywano, o ludzi nie dbano.

Najlepiej było to widać w przyfabrycznym osiedlu domków robotniczych, które nazywało się Targowisko. To było oddzielone od fabryki jedynie płotem, a warunki mieszkaniowe były tam tragiczne. – O ile Szopienice były określane jako gorsza dzielnica Katowic, a Burowiec był ich najbardziej zakazanym miejscem, to Targowisko było najgorszym zakątkiem Burowca. Niskie rudery bez toalet i łazienek pamiętające jeszcze dziewiętnastowieczne początki huty – opisywał Michał Jędryka w książce „Ołowiane dzieci”. Dodając jeszcze: „Mówiło się o Targowisku, osiedlu pod płotem huty, że psy żyły tam kilka dni, kanarki jeden dzień”. Dlaczego? Metale ciężkie były tam we wszystkim.
Z ołowiem jest taki problem, że truje nie tylko wtedy, kiedy trafia do atmosfery. On osiada na wszystkim. Miesza się z ziemią. Jest w wodzie. Zbiera się na ubraniach. Złe warunki higieniczne pogarszają sytuację, a jak dbać o higienę, kiedy – jak na Targowisku – nie ma się łazienki? Psy i kanarki zdychały więc zatrute przez hutę. Radę dawały tam jedynie szczury, a także ludzie. W pewnym przynajmniej stopniu. Dzieciaki z Targowiska były zatrute ołowiem. Nie rosły. Poruszały się charakterystycznym „bocianim chodem”. – Dzieci bawiły się na tych podwórkach. To były klepiska. Tam dzieci grały w piłkę. One z tą piłką latały po tych podwórkach. Unosił się kurz. Nie myły rąk. Jak miałyby to robić, grając w piłkę? I na tych brudnych rękach zjadały ołów – opowiadała po latach doktor Jolanta Wadowska-Król w wywiadzie udzielonym portalowi WKATOWICACH.eu.
Mój bajtel zaraz kipnie
Oczywiście widziano, że dzieci chorują. Ale jeszcze na początku lat 70. ubiegłego wieku nikt nie łączył kropek. Uznawano po prostu, że Śląsk to zagłębie przemysłowe, a w takim zagłębiu musi być jakieś skażenie. Wiadomo, że nie jest to zdrowe, mówiono. Ale też nie przesadzajmy, dodawano. Winę zrzucano raczej na alkohol i samych ludzi z okolic huty.
Wtedy w lokalnej przychodni w Dąbrówce Małej pracę rozpoczęła młoda pediatra – doktor Jolanta Wadowska-Król. Osoba, którą uważano – pisał Jędryka w „Ołowianych dzieciach” – za fachową i rzetelną. A jak miało się okazać „Doktórka” była także kobietą pracowitą.
Ta rozpoczęła pracę i szybko zaczęła zauważać, że coś jest z okolicą nie tak. Oprócz normalnych chorób wieku dziecięcego trafiało do niej mnóstwo pacjentów z dziwną anemią, która nie dawała się zdiagnozować. To znaczy diagnoz było dużo, ale terapie nie pomagały. Poprawiało się jedynie tym dzieciom, które trafiały do szpitali z dala od domu. Ale na krótko, bo kiedy tylko wracały do domów rodzinnych, to objawy zaraz wracały.
Wadowska-Król wiedziała więc, że coś nie gra, ale nie wiedziała co. Aż do 1974 roku, kiedy do jej gabinetu wpadła przerażona matka z umierającym dzieckiem. – Pomóż Doktórko, bo mój bajtel chyba zaraz kipnie – usłyszała lekarka. Sama była jedna bezsilna, więc odesłała go do Zabrza. Pod opiekę prof. Bożeny Hager-Małeckiej. – Zaczęło się od chłopca z ulicy Westerplatte. Wracał do mnie z nawracającą anemią – mówiła później w filmie „Matka Boska Szopienicka”, który można dziś obejrzeć w internecie. Traf chciał, że Hager-Małecka krótko przed tym była na konferencji naukowej w Szwajcarii i prezentowano tam przypadek dziecka chorego na ołowicę. Poznała objawy i wróciła do Szopienic z diagnozą.
Powiedziała Wadowskiej-Król, że jej pacjent ma ołowicę. Zleciła „ciche” badania.
Listonosze nie poszli, Doktórka poszła
Ciche, ponieważ w tamtym czasie nie było wolno głośno mówić o niczym, co mogło zaszkodzić obrazowi Polski, która rosła w siłę dzięki przemysłowi. Takie słowa mogły być niebezpieczne. Trudno wyobrazić sobie większy cień rzucony na ten obraz niż to, że przemysł zatruwa klasę robotniczą – szczególnie jej dzieci. Tym bardziej, że wkrótce miało się okazać, że nie chodzi ani o jedno dziecko, ani o jedno osiedle, ale o tysiące chorych.
Doktórka Wadowska-Król poważnie potraktowała zalecenia i ruszyła do pracy, w której nie przeszkadzały jej żadne niedogodności. Może dlatego, że nie była wielkim profesorem, który mógł korzystać z zaplecza uczelni, laboratoriów oraz asystentów. Nie była też ustosunkowana i nie miała kogo prosić o pomoc. Była normalną, skromną babką przyzwyczajoną do tego, że musi sobie radzić sama. I poradziła sobie także tym razem.
Badania, które założyła miały gigantyczną skalę. Trzeba było w krótkim czasie przebadać kilka tysięcy dzieci. Wymagało to między innymi dostarczenia pięciu tysięcy wezwań do przychodni. Tymczasem poczta z Szopienic odmówiła ich roznoszenia. Listonosze mieli powiedzieć, że nie ma ich dość dużo i musieliby chodzić w nocy. A na Targowisko w nocy nie pójdą, bo jest tam niebezpiecznie i się boją. Co zrobiła Wadowska-Król? Poszła sama.
Wzięła torbę i przez kilka miesięcy chodziła wieczorami od drzwi do drzwi osobiście doręczając wezwania. Zakładała – słusznie – że tak będzie lepiej, bo ludzie ufają jej jako lekarce z okolicznej przychodni. Wieczorami chodziła więc od drzwi do drzwi zastępując listonosza, a dnie spędzała w przychodni pobierając próbki od młodych pacjentów. Pomagał jej – trzeba o tym wspomnieć – zespół przychodni. Pielęgniarki też nie zawiodły.
Wskazanie pozytywne
Uzyskane wyniki wpisywała później do opracowanych przez siebie tabelek. Musiała stworzyć własną metodologię, ponieważ w badaniach nie mogło pojawić się słowo ołowica. Zarówno Wadowska-Król jak i Hager-Małecka wiedziały, że to oznaczałoby zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa i gigantyczne problemy. Unikały więc tego. Zamiast wpisywać rozpoznanie, Doktórka pisała: wskazanie negatywne lub pozytywne. Przy pozytywnym stawiając krzyżyki, które miały określać stopień zatrucia ołowiem.
Dzieci w najgorszym stanie dostawały cztery krzyżyki i było ich mnóstwo. – Okazało się, że to nie jest problem kilku rodzin. Według ówczesnych liberalnych norm chorych było około tysiąca dzieci. Ale gdyby badania robić dziś to pewnie 90% badanych miałoby ołowicę – opowiadała Wadowska w krótkim filmie dokumentalnym „Matka Boska Szopienicka”.
Przyczyny były oczywiste. Przede wszystkim chodziło o bliskość huty. Ale też o to – w dzielnicy, gdzie prawie wszyscy pracowali w zakładzie była to tajemnica poliszynela – że na noc wyłączane w niej filtry mające zatrzymywać metale ciężkie. Robiono to, by zrealizować plan. Piece z filtrami działały gorzej i wytop szedł wolniej, więc nocki wykorzystywano do tego, by nadgonić z robotą. Efekt był taki, że zatruta była cała dzielnica. Było kilka tysięcy poważnie, często nieodwracalnie chorych dzieci. Cierpiących i umierających z powodu choroby, której nazwy nie można było nawet głośno wymawiać.
Jolanta Wadowska-Król wiedząc już, jak duży jest problem, poszła prosto do truciciela. Zabrała ze sobą odważną pielęgniarkę i spotkała się z dyrekcją Huty Metali Nieżelaznych w Szopienicach. Opowiedziała o skali problemu. Tam pokiwano głowami, ale specjalnie się nie przejęto. Michał Jędryka pisze nawet w „Ołowianych dzieciach”, że kiedy wychodziła ze spotkania, to obecny na spotkaniu szef związków zawodowych w zakładzie, powiedział do niej: „No i po c*** tu przyszłaś, tylko same problemy z tym teraz będą”.
Miał rację, bo „Polska Erin Brockovich” poszła z wynikami także do prof. Hager-Małeckiej.
Sanatoria i wysiedlenia
A ta uruchomiła swoje koneksje. Wykorzystała je żeby dostać się do śląskiego wojewody Jerzego Ziętka. Postaci ciekawej i niejednoznacznej. Człowieka, który choć był komunistą, to dziś jest na Śląsku wspominany ciepło. Wciąż można się na przykład przespacerować aleją jego imienia, która znajduje się w będącym jego dzieckiem Parku Śląskim. Może dlatego, że generał Ziętek – powstaniec śląski – bardziej niż o KC dbał o swój region.
W każdym razie – Hager-Małecka dobrze trafiła. Ziętek jej wysłuchał i choć nie ucieszyło go to, co mu opowiedziała, to zaczął działać. Zaczęto od wysyłania dzieci z Szopienic do sanatoriów. Tak by ich organizmy odtruć i dać im szanse na dojście do zdrowia. To było ważne, ale nie rozwiązywało problemu. Wiadomo było, że ludzi trzeba przesiedlić, żeby dzieciaki nie zachorowały znowu zaraz po powrocie z wyjazdów do Rabki oraz Ustronia.
To jednak było sprawą trudną. Po pierwsze brakowało mieszkań. Po drugie jak były to często spółdzielcze, a to wymagało wpłacenia kaucji, na którą niezamożnych ludzi z Targowiska nie było stać. Po trzecie często były daleko, a tutaj robota była za płotem. Ludzie nie chcieli się więc wyprowadzać, żeby nie musieć dojeżdżać na zmianę w hucie.
Po czwarte wreszcie sporo z wolnych mieszkań, które udało się zorganizować było w Sosnowcu. A kiedy Ślązacy z Szopienic słyszeli, że mieli by się przeprowadzić na Zagłębie, to traktowali to jak obrazę. Byli tacy, którzy woleli jeść ołów, niż mieszkać w Sosnowcu.
Do tego w partii walczyły dwie grupy. Jedna, która chciała – choć po cichu – sprawę rozwiązać. Druga ukręcić jej łeb. Nie było wiadomo, która wygra, a w dzielnicy mówiło się, że SB chce aresztować Doktórkę. A sama kobieta – będąca pierwowzorem bohaterki serialu Netflixa – opowiadała w wywiadzie udzielonym kilka lat temu portalowi WKATOWICACH.eu tak: „Dochodziły do mnie słuchy, że nas mogą zamknąć. I to było dla mnie bodźcem do przyspieszenia, bo wiedziałam że im więcej tych dzieci zbadam i więcej wyjedzie do sanatoriów, tym będzie lepiej dla dzieci z mojego rejonu.” Nie zamknęli.
Legenda głosi – tak opisuje to też Michał Jędryka – że Hager-Małecka jeszcze raz wykorzystała swoje znajomości i dostała się do Gierka. Temu przekazała list, w którym opisała, co dzieje się w Szopienicach, a ten kazał partyjnym towarzyszom to załatwić.
Już w 1975 roku na Targowisko wjechały buldożery. Ludzi z otoczenia huty przesiedlono.

Do bólu skromna
Skromna pediatra z przychodni rejonowej zmusiła więc do działania system autorytarnego państwa. Zrobiła to swoją pracowitością i uporem. Był to nieprawdopodobny sukces. – A jaka to była satysfakcja proszę pani – mówiła po latach Wadowska dodając, że największą radością było to, że ludzi udało się „przeprowadzić”.
Ten jej upór, pracowitość i odwaga – nie było w końcu wiadomo, co zrobi SB – pozwolił uratować zdrowie i życie tysięcy dzieci z Szopienic. Niewielu jest ludzi, którzy dokonali w życiu czegoś podobnego. Jak podziękował jej za to PRL? Niezbyt pięknie. Wadowska-Król marzyła o doktoracie i chciała go napisać na podstawie przeprowadzonych w Szopienicach badań. Pomysł był dobry, bo w wielu krajach za badania w tej skali i z takim praktycznym skutkiem, można by było liczyć na zostanie profesorem ważnej uczelni.
Ale nie w PRL. Pracę doktorską napisała i złożyła. Zrobiła to, choć było wiele problemów. Trudno w końcu napisać pracę o ołowicy nie używając słowa ołowica. Trudno też to zrobić nie mogąc podawać wyników badań, bo władza robotnicza nie życzyła sobie, by ktoś czytał o tym, że swoim robotnikom zapewniała domy, w których stężenie metali ciężkich przekraczało (i tak zawyżone) normy nawet tysiąckrotnie. Ale Wadowska-Król była uparta.
I pracę przygotowała mimo wszystkich ograniczeń. Wtedy jednak uczelnia zamówiła trzech recenzentów, którzy uchodzili za posłusznych władzy i zadbała, by ci miażdżąco ocenili pracę. Tak też się stało i ta została uznana za niedostateczną. Później na lata trafiła do sejfu, by nikt nie mógł zapoznać się z jej wynikami. Choć byli tacy – mniej niepokorni – którzy na badaniach Wadowskiej i opisywaniu sprawy Szopienic, robili kariery naukowe.
Tak dochodzimy do tego co w postaci słynnej śląskiej Doktórki jest najbardziej ujmujące. Ona się tym przejęła, ale nie dała się partii i salonowi złamać. Do końca życia opowiadała, że było warto zrobić to wszystko – nawet mimo złamania kariery naukowej – bo udało się uratować życie i zdrowie ludziom. – To wszystko nieważne – mówiła jednej z dziennikarek, gdy ta zapytała, czy nie żałuje tego, że nie została profesorem, nie jeździła po kongresach.
Dodając bardzo często, że po prostu zrobiła swoje.
I ważniejsza była dla niej wdzięczność ludzi, niż naukowe tytuły.
– Pani doktor Król to była rzeczywiście dobra lekarka. Ona nam we wszystkim pomagała. Dzięki niej właśnie mamy to, co mamy. I te mieszkania i te dzieci wysłane do sanatorium – mówią dwie dawne mieszkanki okolic Huty w filmie „Matka Boska Szopienicka”.

Dobrze, że Netflix przybliży postać Jolanty Wadowskiej-Król Polakom i – mam nadzieję – nie tylko im. W końcu u kogo szukać inspiracji, jak nie do bólu skromnej, normalnej babki i lekarki z małej przychodni, która uratowała tysiące dzieci? Nie ma lepszych bohaterów.
I tylko trochę szkoda, że robi to sam Netflix. A nie bardzo pomaga mu w tym polska szkoła.
***
Zapraszam też na YT:
***
Korzystałem między innymi z książki Michała Jędryki „Ołowiane dzieci”.
Fot. Serial Netflixa „Ołowiane dzieci” / Materiały prasowe / Robert Palka.
